Sojusz Lewicy Demokratycznej

Ostatnie wydarzenia

Liberadzki: Polska w Unii bez Unii w Polsce? Czy to możliwe?

dodano 2017-07-21 17:49 w kategorii: Ludzie

Temperatura w Polsce i wokół Polski rośnie. Polityczna temperatura, oczywiście, co zresztą widać codziennie w Sejmie i wokół Sejmu, w Pałacu Prezydenckim i wokół niego, a także w Krakowie, Poznaniu, Szczecinie, Katowicach, Łodzi i w wielu innych miastach. Niekończące się awantury między PiS-em za wszelką cenę dążącym do całkowitego zawojowania wymiaru sprawiedliwości, a „resztą świata" demonstrującą pod hasłem „Wolność, Równość, Demokracja" nie mogą oczywiście nie być niezauważone w Brukseli. Są obserwowane i to bardzo pilnie. Po środowym posiedzeniu Kolegium Komisarzy UE na temat sytuacji w Polsce przewodniczący grupy Socjalistów i Demokratów, do której należą europosłowie SLD, Gianni Pittella stwierdził: „Polski rząd stale naraża reguły praworządności i podstawę prawną demokracji w Polsce. Jest to nie do zaakceptowania i nie możemy w tej sprawie milczeć. Wszelkie naruszenia prawa wpływają na całą Europę, a nie tylko na Polskę. (...) Gdyby polski rząd i władze nadal ignorowały sygnały ostrzegawcze z Brukseli dotyczące niezawisłości sądownictwa, Grupa Socjaliści i Demokraci uznaje za konieczne uruchomienie wszelkich możliwych postępowań w sprawie naruszenia prawa UE. Niezależność władzy sądowniczej oraz wolność mediów to podstawowe filary, na których opiera się Unia Europejska. Drzwi do dialogu są nadal otwarte. Teraz polskie władze powinny wyrazić swoją dobrą wolę i wrócić do europejskich ram praworządności". Tego typu sygnały pod adresem aktualnych władz polskich nie pozostawiają wątpliwości, że jeśli polski rząd nadal z taką bezwzględnością i determinacją ignorować będzie Konstytucję, przy pomocy zwykłych ustaw sejmowych łamać jej zapisy i zmieniać demokratyczny ustrój państwa, to bez awantur się nie obejdzie. A może jeszcze gorzej. W ostatnich tygodniach powtarzają się bowiem ostrzeżenia przed wyjściem Polski z Unii Europejskiej. Rząd Beaty Szydło, który rzekomo ma taki ukryty zamiar, dość regularnie zaprzecza tym pogłoskom. Na niewiele to się zdaje, gdyż szczerość zapewnień rządowych nie jest najwyższej próby i jest kwestionowana. Mówi się na przykład zarówno w Polsce jak i wokół niej, że gdybyśmy dziś mieli wstępować do Unii, to nie byłoby to możliwe, albowiem nie spełniamy wszystkich kryteriów o takiej przynależności decydujących. Nie bez podstaw kwestionuje się na przykład (albo przynajmniej uważa ich respektowanie w praktyce za dyskusyjne) „istnienie instytucji gwarantujących stabilną demokrację" oraz „rządy prawa". Formalnie niby nic się nie dzieje, faktycznie jednak zamienienie Trybuna­ łu Konstytucyjnego w instytucję para-rządową, jak również toczący się właśnie bój o polityczne zniewolenie Sądu Najwyższego dają solidne podstawy do powątpiewania w szczerość rządowych zapewnień o prymacie trójpodziału władz nad potrzebami rządzących. Także odrzucanie wspólnych ustaleń dotyczących polityk wobec imigrantów dowodzi, że kolejne „kryterium kopenhaskie" - ów acąuis communautaire, czyli prawno-traktatowy kościec Unii Europejskiej, który konstytuuje tę wspólnotę w świecie stosunków międzynarodowych, też jest przez Polskę ignorowany. Właściwie trudno się w tej sytuacji dziwić, że atmosfera wokół Polski w Unii gęstnieje. Spędzam w instytucjach unijnych, w Parlamencie Europejskim, większość swojego czasu. Jako wiceprzewodniczący Parlamentu siłą rzeczy jestem dobrze zorientowany w najbardziej palących problemach, z którymi Unia się mierzy. Problem imigrantów niewątpliwie do takich należy. Widzę, jak inni sobie z nim radzą - także ci, którzy podobnie jak Polska nie są entuzjastami wy dyskutowanych w ubiegłym roku „kwot i migracyjnych". I widzę, że jak się chce, to można wypełniać unijne zobowiązania i jednocześnie dbać o własne bezpieczeństwo. Jednak wbrew stanowisku polskiego kościoła, wbrew chęciom zgłaszanym przez samorządy, rząd w Warszawie nie chce tu widzieć ani jednego uchodźcy. Woli wojnę z Unią.

Prawa bynajmniej nie podstawowe Fundamentem ideowym i moralnym Unii Europejskiej jest Karta Praw Podstawowych. 54 artykuły ujęte w 7 rozdziałach, stanowią o istocie wartości, wokół których skupiło się 27 państw Europy, i którymi chcą się one kierować. Wolność, demokracja, godność człowieka, wolność myśli, sumienia i religii, wolność sztuki i badań naukowych, równość wobec prawa, zakaz wszelkiej dyskryminacji, poszanowanie różnorodności kulturowej, religijnej i językowej, równość płci, prawo do rzetelnego procesu sądowego, domniemanie niewinności i prawo do obrony... Czy jest w zgodzie w tymi szlachetnymi zobowiązaniami ubezwłasnowolnienie Trybunału Konstytucyjnego, stopniowe podporządkowywanie wymiaru sprawiedliwości, swoiste „udawanie" wypełniania europejskich norm dotyczących społeczeństwa obywatelskiego i równego traktowania, albo ostentacyjne lekceważenie „konwencji anty -przemocowej"? Prezydent Polski pytany przez dziennikarzy, dlaczego tej konwencji Polska po prostu nie wypowie, skoro tak na nią wyrzeka, odpowiada: „proszę o to zapytać przedstawicieli rządu, co stoi na przeszkodzie, aby to wypowiedzieć. Natomiast ja powiem tak: przede wszystkim nie stosować". (2 lutego 2017, wywiad Prezydenta RP Andrzeja Dudy dla programu „Warto rozmawiać")... „Nie stosować"! Niech oni gadają sobie, co chcą, a my róbmy swoje - oto prezydencka rada... A jak do naszej „europejskości" mają się głośne ostatnio w Polsce przypadki nadużywanie siły przez policję, prowadzące do śmierci obywateli, tolerowanie napaści na spektakle teatralne, które nie są przecież niczym innym jak ograniczaniem wolności twórczej, albo ostentacyjne wspieranie państwowymi pieniędzmi działalności i twórczości reprezentującej świat wartości bliskich rządowi, kosztem twórczości wolnej od ideologicznych zależności? Polska rzeczywistość daje wystarczająco dużo powodów do zadawania takich pytań. Są to wyłącznie pytania retoryczne, bo odpowiedzi na nie są znane, widoczne gołym okiem. A zapewniam Czytelników, że Unia Europejska ślepa nie jest. Widzi wszystko. I nie dlatego, że nasz kraj jest na jakimś wyjątkowym celowniku. Każdy kraj członkowski Unii Europejskiej jest na bieżąco - jak to się modnie mówi - „monitorowany" pod kątem przestrzegania fundamentalnych wartości, na jakich zbudowany jest nasz wspólny europejski dom. Polscy europosłowie SLD-UP, także ja osobiście, w debatach PE o stanie spraw w naszym kraju, zachowywaliśmy daleko posuniętą powściągliwość. Niestety, troski i problemy nas dogoniły...

No, i co? No, i to, że ostatnio na politycznych salonach Unii Europejskiej w odniesieniu do Polski pojawił się nowy ton. Poddał go min. prezydent Francji Emmanuel Macron: „Europa nie jest supermarketem, Europa jest wspólnotą losów! Sama siebie osłabia, gdy godzi się na to, by odrzucano jej zasady. Kraje Europy, które nie przestrzegają reguł, muszą ponieść wszelkie polityczne konsekwencje (...) Gdy słyszę dziś niektórych przywódców politycznych z Europy Wschodniej, to (widzę), że zdradzają oni Europę. Decydują się na rezygnację z zasad i odwracają się plecami do Europy. To jest cyniczne podejście do UE: służy im ona do rozdzielania pieniędzy - bez przestrzegania jej wartości"... To są jego słowa, które natychmiast zyskały jednoznaczne poparcie zachodniej prasy. Niekiedy bardzo dla nas przykre: „Rządzący w Polsce są obrażeni. Uważają, że prezydent Francji Emmanuel Macron zachował się wobec nich niewłaściwie, ostrzegając ich przed traktowaniem Unii Europejskiej jak supermarketu, z którego tak po prostu można korzystać" - pisał na przykład brukselski korespondent „Suddeutsche Zeitung". I dodawał: rzeczywiście nie traktuje się UE jak supermarketu. W supermarkecie należałoby zapłacić... Polska stara się robić dobrą minę do złej gry. „Złej gry", gdyż poprzez upór i nieustępliwość z każdym tygodniem, a ostatnio nawet dniem, pogarsza swoją pozycję i osłabia swoje znaczenie, co tylko utrudnia grę na innych polach, zwłaszcza gospodarczych. Spraw do załatwienia pomiędzy członkami Unii, do porozumienia się jest dużo. Unia Europejska potrzebuje intensywnego dialogu, a nie intensywnych kłótni. Postawa „nie, bo nie", do niczego dobrego nie prowadzi. Nie zanosi się jednak na to, że polski rząd coś tu zmieni, przeciwnie - zanosi się na nowe kłopoty. W minioną środę, w samym apogeum wojny w Sejmie o niezawisłość wymiaru sprawiedliwości, wiceprzewodniczący Komisji Europejskiej Frans Timmermans powiedział, że to, co dzieje wokół polskiego sądownictwa „dotyczy każdego polskiego obywatela i każdej osoby, która będzie chciała odwiedzić Polskę. To, co dzieje się w Polsce wpływa na całą Unię Europejską i jej obywateli". Timmermans uprzedził, że Komisja Europejska jest bliska uruchomienia art 7. traktatu o UE, czyli tzw. „opcji atomowej". Artykuł 7 umożliwia nałożenie ograniczeń dla kraju członkowskiego, np. zawieszenia prawa głosu danego kraju w Unii Europejskiej. Timmermans powiedział, że będące w obróbce prawno-politycznej ustawy o ustroju sądów powszechnych, Krajowej Radzie Sądownictwa i o Sądzie Najwyższym „całkowicie zmieniają system polskiego sądownictwa", że „kolektywnie zniszczą de facto system sądowniczy w Polsce" i pogłębiają zagrożenie dla rządów prawa. Odpowiedział mu poseł z Podbeskidzia, Pięta: „Pohukiwania pana Timmermansa nie robią na nas żadnego wrażenia. Myślę, że ten pan ośmiesza siebie i instytucję, którą reprezentuje. Nie było sankcji, nie ma i nigdy nie będzie. Żadnej groźby nie ma"...

Podobno to niemożliwe, ale... Ostatnie wydarzenia wokół polskiego wymiaru sprawiedliwości i nasz stosunek do problemu imigrantów są niewątpliwie powodem tego, że wyraźnie tracimy w Brukseli reputację. Jestem jednak przekonany, że jeśli nie zmienimy tej opinii, to będziemy tracić nie tylko reputację. Co prawda do 2020 roku nic w przyjętej perspektywie finansowej raczej się nie zmieni, ale jeszcze „za tego rządu" będzie uchwalona perspektywa finansowa na następne lata. Mogę się założyć, że o podziale pieniędzy decydować będą nie tylko względy ekonomiczne, ale także odpowiedzi na takie pytanie jak np. czy dane państwo jest państwem prawa i czy w danym państwie nie tylko w deklaracjach, ale i w praktyce dominują wartości, „którymi Unia Europejska stoi". Zatem kluczowa stanie się odpowiedź na pytanie: jak dalece można odchodzić od zasad, którymi Unia się kieruje, pozostając w Unii? Ostatnio w atmosferze spowijającej brukselskie instytucje w odniesieniu do Polski pojawiła się jeszcze jedna niespotykana dotąd nuta. Można mianowicie usłyszeć, że to nie Polska z Unii wystąpi, ale i Unii w Polsce nie będzie. - Prawnie nie jest to możliwe, słyszę zewsząd. To przekonanie oparte jest na tym, że Traktat Lizboński przewiduje procedurę „wyjścia z Unii Europejskiej", natomiast nie ma „paragrafu" na wypadek, gdyby to Unia chciała się z kimś rozstać. Jest słynny (zwłaszcza teraz, po Brexicie) art. 50 Traktatu Lizbońskiego („Każde Państwo członkowskie może, zgodnie ze swoimi wymogami konstytucyjnymi, podjąć decyzję 0 wystąpieniu z Unii"), ale żaden artykuł nie opisuje procedury wypowiedzenia członkostwa w Unii! Czy to oznacza, że państwa członkowskie mogą z Unią i w Unii robić, co chcą? Mogą ignorować jej przepisy, normy, przyjęte na siebie zobowiązania? Uważam, że nie mogą. I na wszelki wypadek przestrzegam - nikt nie jest w stanie nam zagwarantować, iż pewnego dnia nie pojawi się opinia, że Polska do Unii nie przystaje. Ze kieruje się zasadami, które nie są zasadami Unii. Boję się, że już słychać pierwsze pomruki, które da się przetłumaczyć na polski jako: „co oni tu jeszcze robią?" Prezydent Macron nie powiedział tego, co powiedział ot, tak sobie... Jeśli więc pyta mnie ktoś: no 1 co w związku z tym, to odpowiadam, że ja mogę sobie wyobrazić, iż może przyjść taka chwila, kiedy, ktoś powie: co z tego, że nie ma w traktacie unijnym paragrafu „na usunięcie" z Unii? Może on wcale nie jest potrzebny, może wystarczy zwykły mechanizm podejmowania decyzji, czyli tzw. „podwójna większość"? To zapisane w Traktacie Lizbońskim głosowanie polega na uwzględnieniu liczby państw oraz liczby ludności. Podwójną większość stanowi minimum 55 proc. (14) państw członkowskich, które reprezentują co najmniej 65 proc. ludności UE. Co będzie, jak ktoś uzna, że to wystarczy, by państwo takie jak nasze, nieprzestrzegające podstawowych europejskich, wspólnotowych wartości, nie powinno nadal występować pod błękitno-gwiaździstą flagą. I to pomimo, że rząd popiera 38 proc. respondentów, a nasze członkostwo w UE aż trzy czwarte. Bez wątpienia, po rządach PO-PSL Polska wymagała naprawy. Tylko trzeba umieć to zrobić.

Prof. Bogusław Liberadzki, wiceprzewodniczący Parlamentu Europejskiego



Komentarze

Wydarzenia

Strony
wojewódzkie
SLD

Wybierz na mapie województwo, aby przejść dalej.